MŁOCARNIA…
8 maja 2026
MASZYNA – ciągłość zerwana
Czerwiec 1939. Zaledwie kilka dni po ślubie, zawartym 10 czerwca, Mieczysław Boduszyński wraz z żoną Janiną wyruszają w podróż poślubną do Augustowa, która – poza swoim oczywistym, osobistym wymiarem – ma również bardzo konkretny cel. Trasa nie jest przypadkowa. Jednym z jej kluczowych punktów jest Gdynia – nowoczesny port II Rzeczypospolitej, przez który do kraju napływa technika, inwestycje i obietnica dalszego rozwoju. To właśnie tam czeka zamówiona wcześniej młocarnia przeznaczona dla majątku w Chojnie. Jej odbiór wpisuje się w logikę świadomego gospodarowania: inwestowania w wydajność, unowocześniania zaplecza, porządkowania pracy w skali całego folwarku. Podróż poślubna staje się więc jednocześnie momentem domknięcia transakcji – wprowadzenia do gospodarstwa elementu, który ma realnie zmienić jego funkcjonowanie.
Zachowane fotografie z nabrzeża pokazują moment jej wyładunku: ciężka, przemysłowa konstrukcja opuszczana z pokładu statku na ląd. Skrzynia zawieszona na linach dźwigu, zatrzymana na chwilę między wodą a lądem, skupia w sobie sens tej operacji – przejście od zakupu do użytkowania, od decyzji do działania.
To konkretne urządzenie pracy: młocarnia Lanz – tak odnotowana w powojennym protokole zdawczo-odbiorczym z 1947 roku jako „młocarnia Loneoll N 11224 – stan dobry”. Zapis ten stanowi zniekształconą nazwę producenta lub typu, odnoszącą się do maszyn z kręgu Lanz Bulldog i produkcji Heinrich Lanz AG z Mannheim w Niemczech, które znajdowały się już na wyposażeniu majątku w postaci traktorów Lanz Bulldog. Młocarnia tego typu służyła do oddzielania ziaren od kłosów i strąków – kluczowego etapu omłotu pszenicy, żyta i innych zbóż.
W dobrze zarządzanym majątku ziemskim nie jest to detal, lecz element systemu. Maszyna porządkuje rytm żniw, skraca czas pracy, zwiększa kontrolę nad plonem. Spina w jedną całość zależności między ziemią, ludźmi i techniką – przekształcając wysiłek w mierzalny efekt.
Ten moment – uchwycony między uroczystością a codziennością – jest jednym z ostatnich spokojnych gestów budowania przyszłości.
Kilka lat później ta sama maszyna staje się przedmiotem grabieży. Nie w chaosie, lecz w zaplanowanej i celowo wykonanej procedurze wyniszczenia – gentrycide, w ramach tzw. reformy rolnej narzuconej Polsce przez kolaborującymi ze Związkiem Sowieckim komunistami z PKWN w 1944 roku. Wtedy to zostaje rozparcelowana wraz z całym zapleczem gospodarczym – bez ciągłości, bez ekwiwalentu, bez zgody właścicieli.
W tym miejscu znika język „reformy”, a zaczyna się praktyka destrukcji: totalitarne państwo – w którego cieniu skrywają się konkretni ludzie – występuje jako podmiot, który nie wytwarza, lecz przejmuje – legalizując akt zawłaszczenia. W tej roli bliżej mu do pasera niż do gospodarza: włącza cudzą własność do własnego obiegu, nadając jej nowe znaczenie i funkcję.
Młocarnia nie jest tu metaforą. Jest dowodem.
Jej los pokazuje moment, w którym praca zostaje oddzielona od własności, a własność od odpowiedzialności.

Port w Gdyni – rozładunek młocarni dla majątku w Chojnie, 1939 © Archiwum Cyfrowe BĄK+ORDYNACJA
DRABINA – między trwaniem a przerwaniem
Jest rok 1943. Na tle zabudowań gospodarczych, przed surową ścianą obory, stoi młocarnia – milcząca, ciężka, gotowa do pracy. Jej bryła dominuje w kadrze, ale nie przytłacza; jest częścią porządku, który jeszcze trwa. Obok niej, na opartej o konstrukcję drabince, stoi młody mężczyzna – Józik Czacki, młodszy brat Janiny, szwagier Mieczysława (III) Boduszyńskiego.
Jego obecność nie jest przypadkowa. Oficjalnie – praktykant, uczący się pracy w majątku ziemskim. W tym sensie wpisuje się w porządek UPRAWY: nauki zawodu, rytmu pracy, ciągłości gospodarowania. W rzeczywistości jednak jego obecność ma drugi, mniej widoczny wymiar – staje się formą OPIEKI. Dzięki temu miejscu pozostaje poza zasięgiem wywózki na przymusowe roboty do III Rzeszy. Stoi spokojnie, niemal swobodnie, ale ten spokój jest tylko powierzchnią.
To nie jest pierwsza drabina w tej historii.
Dwa lata wcześniej jego starszy brat, Mieczysław Czacki, został uwieczniony na fotografii stojąc właśnie na drabinie – obraz ten stał się osią opowieści zatytułowanej „Drabiną do Nieba”. Dziś wiemy, że nie była to droga w górę w sensie dosłownym, lecz metaforyczny znak przejścia, w którym młodość zostaje brutalnie przerwana i przeniesiona poza porządek ziemskiej ciągłości.
Tutaj drabina opiera się o młocarnię – narzędzie pracy, które w tym ujęciu przestaje być wyłącznie elementem UPRAWY, a zaczyna pełnić funkcję TARCZY. To dzięki niej, dzięki pracy i formalnej „praktyce”, możliwe jest pozostanie – ukryte w porządku codzienności.
Józik stoi na niej nie po to, by się wspinać, lecz by przetrwać. Jego bezruch ma wagę decyzji.
W tle tej chwili obecne jest już inne doświadczenie: Mieczysław Czacki został aresztowany i osadzony w systemie niemieckich obozów koncentracyjnych – najpierw w Auschwitz, następnie w Gross-Rosen, by ostatecznie trafić do Sachsenhausen pod Berlinem. Z tego samego czasu pochodzi jego list:
„Dziękuję Wam bardzo, że listy były szczegółowe, to interesuje mnie tak bardzo, co dzieje się z Wami, nawet najmniejsze wydarzenia.
Bardzo się cieszę, że Józik tak wydoroślał i jest taki dzielny, jestem bardzo szczęśliwy, że idzie w moje ślady, mam nadzieję, że po praktyce w Chojnie, zawód będzie się mu bardziej podobał.”
[Sachsenhausen, 16 maja 1943]
Jeśli chcesz poznać pełną historię Mieczysława Czackiego, zobacz wystawę: „Drabiną do Nieba”
Słowa te, pisane z wnętrza systemu przemocy, spotykają się z obrazem stojącego na drabinie chłopca – obecnego, pracującego, chronionego. To właśnie w tym przecięciu ujawnia się pełny sens triady: UPRAWA • TARCZA • OPIEKA.
Między dwiema drabinami – jedną, która okazała się zapowiedzią przerwania, i drugą, która staje się próbą ocalenia – rozgrywa się cała historia. Młocarnia przestaje być tylko maszyną. Staje się osłoną, alibi, elementem cichego systemu ochrony, który funkcjonuje obok oficjalnej rzeczywistości okupacyjnej. To obraz zatrzymany na granicy: jeszcze codzienność, jeszcze praca, jeszcze porządek. Ale już z wyraźnym cieniem tego, co dzieje się poza kadrem.

Młocarnia – Józik Czacki na praktyce w majątku Chojno, 1943 © Archiwum Cyfrowe BĄK+ORDYNACJA
NA PODWÓRZU CZASU – zapis chwili wspólnej pracy
W tym samym miejscu, w roku 1943, przestrzeń majątku w Chojnie powraca jakby w innym rytmie czasu – znajoma, a jednocześnie przesunięta w stronę cięższego, bardziej napiętego trwania. Północną pierzeję podwórza zamyka masywny budynek stajni i obory, połączony w jeden ciąg funkcjonalnej architektury pracy. Prawa część tej bryły, mieszcząca oborę, gładko odcina się od otoczenia otynkowanym licem frontu, podczas gdy lewa ukazuje surowe piękno struktury ściany, wzniesionej z precyzyjnie ułożonych kamieni wapiennych. Na tle tej zróżnicowanej faktury stoi lokomobila – nieruchoma w swojej masie, ale wciąż żywa: z komina unosi się dym, znak trwającego procesu, energii zamienianej w ruch maszyn.
Po lewej stronie kadru widoczny jest pracownik folwarczny w czapce, uchwycony w geście zwykłej obecności, jakby na granicy odpoczynku i dalszego działania. Obraz ten zdaje się mieć swoje przedłużenie – drugi kadr, lekko przesunięty w prawo, otwiera tę samą scenę na tle ściany obory, jakby fotografia sama próbowała uchwycić więcej niż jeden moment jednocześnie.
Na ziemi, na rozłożonych workach wypełnionych ziarnami maku, trwa chwila wytchnienia – nieprzewidziana pauza w rytmie pracy młocarni. Siedem, osiem, dziewięć worków tworzy prowizoryczne siedzisko, które staje się jednocześnie sceną rodzinnej i roboczej obecności.
Od lewej strony siedzą: Józik Czacki – praktykant wpisany w porządek pracy i opieki nad gospodarstwem; obok niego mały Miecio (IV) Boduszyński; dalej jego matka, Janina Boduszyńska z Czackich, skupiona w cichej obecności; następnie Izabella Boduszyńska z Chrzanowskich – starsza pani dziedziczka, owdowiała po śmierci męża Mieczysława (II) Boduszyńskiego w 1941 roku, wsparta na laseczce, jakby podtrzymującej nie tylko ciało, ale i ciągłość pamięci; obok niej Zofia Boduszyńska, najmłodsza z córek, domykająca ten krąg rodzinny.
Dziś już tylko mały Miecio – który zaledwie kilka dni temu, pierwszego maja, domknął osiemdziesiąty szósty rozdział swojego życia – pozostaje kruchym łącznikiem, ostatnim echem zastygłej na fotografii chwili. Los rzucił go na dalekie, zachodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych, gdzie od pół wieku niesie w sobie nie tyle bagaż emigranta, co chłód ostatecznego wygnania. Choć odnalazł przystań na innym kontynencie, wciąż błąka się w nim bezdomność serca – ta cicha, nieuleczalna tęsknota za progiem, który przestał istnieć, i za ogrodem, który został mu odebrany, zanim zdążył w nim wrosnąć na dobre. Pozostały mu jedynie powidoki tamtego podwórza, które pod powiekami wciąż tętni życiem, choć w rzeczywistości stało się nieosiągalną wyspą czasu.
Przy młocarni, w ruchu, który kontrastuje z chwilowym spoczynkiem pozostałych, pracownica dniówkowa zatrudniona na stałe w Dobrach Chojno – być może Bronisława Szyszkowska lub Barbara Makarczuk – uwija się z pustym workiem, wchodząc i wychodząc z rytmu maszyny, która jeszcze nie milknie.
W tej scenie nic nie jest przypadkowe, a jednocześnie wszystko wydaje się zawieszone między pracą a jej przerwaniem. Lokomobila, młocarnia, worki, drabiny ludzkich relacji – wszystkie elementy tworzą układ, który nie jest już tylko gospodarstwem, lecz zapisem chwili, w której codzienność próbuje utrzymać swoją formę mimo narastającego ciężaru historii.


Młócenie maku – Chojno 1943 © Archiwum Cyfrowe BĄK+ORDYNACJA
1_Józef Stanisław Czacki [1926-1966] / 2_Mieczysław (IV) Boduszyński [1940] / 3_Janina Boduszyńska z Czackich [1916-2008] / 4_Izabella Jadwiga Boduszyńska z Chrzanowskich [1884-1965] / 5_Zofia Boduszyńska [1922-1989] / 6_Bronisława Szyszkowska [?-?] lub Barbara Makarczuk [?-?] – pracownica dniówkowa zatrudniona w majątku Chojno
PROTOKÓŁ – przejęcie jako forma
20 lutego 1947 roku sporządzony zostaje dokument zamykający los konkretnych rzeczy. W języku urzędowym, pozornie neutralnym, odnotowano przekazanie inwentarza „martwego” Państwowemu Przedsiębiorstwu Traktorów i Maszyn Rolniczych w Chełmie. W kilku punktach spisano to, co jeszcze niedawno było częścią żywego organizmu gospodarstwa – majątku ziemskiego Dobra Chojno:
• trzy ciągniki Lanz Bulldog – o różnym stanie technicznym,
• oraz młocarnia „Lanz” Nr 11224 – stan dobry.
Sformułowanie jest jednoznaczne: „przejęte na cele reformy rolnej z rozparcelowanego majątku Chojno”.
Na tym zdanie się kończy. Podpisy domykają procedurę.
Już sam dokument ujawnia jednak pewną niejednoznaczność. Datowany jest na 20 lutego 1947 roku, a jednocześnie powołuje się na akty prawne z 1 marca i 30 marca tego samego roku. Może to wynikać z omyłki przystawionego do dokumentu datownika… Niezależnie jednak od przyczyny, układ ten pozostaje znaczący: działanie i jego uzasadnienie nie są tu tożsame w czasie. W realiach epoki często oznaczało to, że praktyka wyprzedzała normę – a formalna legalizacja następowała dopiero po fakcie.
W rzeczywistości nie jest to jednak opis przekazania, lecz zapis aktu zawłaszczenia – grabieży. Decyzja została już wcześniej podjęta – dokument jedynie ją sankcjonuje, nadając jej formę prawną. W tym języku nie ma miejsca na ciągłość, własność ani odpowiedzialność. Pozostaje tylko ewidencja.
Paradoks polega na tym, że odbiorcą była instytucja, która sama powstała w wyniku podobnego procederu. Państwowe Przedsiębiorstwo Traktorów i Maszyn Rolniczych w Chełmie nie jest podmiotem „nowym” – jego fundamentem stały się zagrabione (znacjonalizowane) zakłady prywatne: fabryki Franciszka Gassnera – zmarłego 2 lutego 1947 roku w Chełmie, który jako jej właściciel – po tzw. „wyzwoleniu 22 lipca 1944 roku” pracował w niej jako magazynier oraz K. Najdekera i W. Orłowskiego – przedwojennej fabryki maszyn rolniczych i odlewni żelaza zlokalizowanej przy ul. Pocztowej 62 w Chełmie. Mechanizm jest więc powtarzalny: najpierw przejęcie, potem redystrybucja przejętego.
Państwo nie występuje tu jako gospodarz, lecz jako pośrednik – paser – w obiegu cudzej własności.
To nie jest reforma.
To jest systemowa grabież – uporządkowana, opisana, podpisana…

Protokół zdawczo-odbiorczy, Chojno 1947 © Archiwum Cyfrowe BĄK+ORDYNACJA
Maszyny, które pamiętają więcej niż protokoły
Jeszcze jeden obraz utrwalony na starych fotografiach – historia jednego z traktorów widniejących w protokole zdawczo-odbiorczym z 1947 roku.
Zakup w 1941 roku niemieckiego ciągnika „Lanz Bulldog HR7” na potrzeby gospodarstwa był wydarzeniem znaczącym, zwłaszcza w realiach wojny. Decyzję podjął osobiście Mieczysław (III) Boduszyński (1913–1972), który po nagłej śmierci ojca administrował majątkiem „Dobra Chojno”. Nie była to zwykła inwestycja – lecz świadomy gest podtrzymania ciągłości w świecie, który tę ciągłość gwałtownie przerywał.
Warto przy tym przywołać moment znacznie późniejszy: 21 kwietnia 2015 roku Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego dofinansowało zakup unikatowego ciągnika „Lanz Bulldog HR8” z 1940 roku dla Muzeum Rolnictwa im. ks. Krzysztofa Kluka. Wartość tej transakcji wyniosła 152 150 zł. To, co kiedyś było narzędziem pracy, dziś uznawane jest za dziedzictwo wymagające ochrony.
Ten końcowy obraz domyka całość opowieści. Protokół mówi językiem rubryk; tutaj pojawia się język materii, ruchu i decyzji. Fotografia z portu w Gdyni z 1939 roku zmienia perspektywę: majątek Chojno przestaje być lokalnym folwarkiem, a zaczyna funkcjonować jako element nowoczesnego łańcucha gospodarczego – port → dźwig → statek → skrzynia → maszyna → pole. Wielka skrzynia z młocarnią przestaje być jedynie urządzeniem do omłotu; staje się dowodem planowania, inwestycji i aspiracji wpisanych w logikę świadomego rozwoju.
Zaraz potem pojawiają się traktory. Trzy Lanz Bulldogi – każdy o innej mocy, każdy oznaczony numerem seryjnym. To szczegół o fundamentalnym znaczeniu. Numer seryjny nadaje maszynie indywidualność, czyni ją uchwytną w historii. Dzięki temu nie są już anonimowym „sprzętem rolniczym”, lecz świadkami epoki.
Na tym tle zakup dodatkowego Lanz Bulldog HR7 w 1941 roku nabiera szczególnej wymowy. W warunkach okupacji, niedoboru i reglamentacji nie był to gest oczywisty. Był aktem wiary – w przyszłość gospodarstwa, w sens inwestowania mimo wszystko, w przekonanie, że praca będzie miała ciąg dalszy. Mieczysław (III) Boduszyński nie zarządzał schyłkiem, lecz kontynuował projekt. Nie obserwujemy tu upadku ziemiaństwa, lecz jego próbę adaptacji do nowoczesności.
Najmocniejszy akcent pojawia się jednak na końcu.
Współczesne państwo polskie jako III RP – rok 2015 – płaci 152 150 zł za Lanz Bulldog HR8 z 1940 roku, uznając go za unikat dziedzictwa techniki, wart ochrony muzealnej. Ten sam typ maszyn, które w majątku Chojno były narzędziem codziennej pracy, elementem żywego gospodarstwa, a nie eksponatem.
I tu pojawia się pytanie, którego nie trzeba zadawać wprost, bo ono wybrzmiewa samo: skoro dziś chronimy te maszyny jako dziedzictwo kultury technicznej, to dlaczego wówczas zniszczono kontekst, w którym one miały sens?
Fotografia z portu, numery seryjne, wojenny zakup ciągnika – to kontrdowody wobec uproszczonych narracji o „zacofanym obszarniczym majątku”. Pokazują rzeczywistość nowoczesną, świadomie rozwijaną i zintegrowaną z szerszym obiegiem gospodarczym.
Dlatego te obrazy mają taką wagę. Przywracają znaczenie materii, która została zredukowana do rubryki „stan średni”. W naszej opowieści o gentrycide odsłaniają coś jeszcze: że zniszczenie nie polegało wyłącznie na utracie rzeczy, lecz na celowym wyrwaniu ich z sensu – z ludzi, decyzji, odpowiedzialności i czasu, który w logice komunistycznej nie miał prawa trwać dalej – miał ulec całkowitemu wyniszczeniu…

Lanz Bulldog i „Brygada Traktorzystek”, Chojno 1942 © Archiwum Cyfrowe BĄK+ORDYNACJA
1_Mieczysław (IV) Boduszyński [1940] / 2_Zofia Boduszyńska [1922-1989] / 3_Danuta Krzeczunowicz [?-?] / 4_Janina Boduszyńska z Czackich [1916-2008] / 5_N.N.
Ostatnie zdjęcie przedstawia traktor Lanz Bulldog HR7 z 1942 roku. Na siedzeniu, za kierownicą, widzimy: małego Mietusia (IV) Boduszyńskiego (ur. 1940), Zofię Boduszyńską, Danutę Krzeczunowicz, Janinę Boduszyńską z domu Czacką oraz osobę niezidentyfikowaną. Po prawej stronie, przy tylnym stalowym kole, stoi pies „Żaba” – ulubieniec Stefanii Boduszyńskiej, zmarłej w 1941 roku.
Jest tu jednak jeszcze jeden, mniej oczywisty, lecz kluczowy element: laska – niemy świadek historii. To na niej wspierał się Mieczysław (III) Boduszyński po powrocie z niemieckiego obozu pracy przymusowej, pełniącego również funkcję obozu szkoleniowego SS w Trawnikach (niem. SS-Arbeitslager Trawniki oraz SS-Ausbildungslager Trawniki). Trafił tam z powodu, który w normalnych warunkach pozostałby całkowicie nieistotny. Przeoranie pola podczas wiosennych prac – na pasie uznanym przez Gestapo za trasę ich przejazdów – zostało odczytane jako działanie wrogie wobec III Rzeszy. Dopiero wysoka łapówka, wraz z „wstawiennictwem” ustanowionego przez władze okupacyjne niemieckiego nadzorcy (Treuhändera/Verwaltera), który wskazywał, że Mieczysław (III) Boduszyński jest jedynym fachowcem zdolnym do administrowania majątkiem Dobra Chojno, umożliwiła jego uwolnienie. Powrócił ciężko chory – z obustronnym zapaleniem płuc oraz gruźlicą, która pozostawiła trwałe ślady.
Jego starsi bracia – Antoni, po powrocie (wykupieniu) z niemieckiego obozu koncentracyjnego KL Dachau w 1940 roku, mieszkał na stałe w Lublinie przy ulicy Chopinstrasse 35/5, natomiast Jerzy, prowadzący firmę transportową, przebywał poza majątkiem ziemskim w Warszawie przy Słonecznastrasse 30.
W czasie okupacji nie było „właścicieli ziemskich” w sensie realnej sprawczości. Byli jedynie administratorzy własnego losu – funkcjonujący pod stałą kontrolą niemieckiego systemu regulującego wszystko: ziemię, zwierzęta, plony, a nawet oddech. Pozostawieni na swoim – ale tylko pozornie i tylko na chwilę.
W rzeczywistości trwali w zawieszeniu: między tym, co jeszcze należało do nich, a tym, co w każdej chwili mogło zostać odebrane.
I właśnie ta tymczasowość okazuje się doświadczeniem trwałym. Rok 1944 nie przynosi zasadniczego przełomu, lecz jedynie zmianę formy nacisku. Wraz z ponownym wkroczeniem Armii Czerwonej na terytorium II Rzeczypospolitej – zapoczątkowanym w nocy z 3 na 4 stycznia 1944 roku w rejonie Sarn na Wołyniu – oraz z instalacją Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego (PKWN), którego manifest opatrzono politycznie nadaną, nieodpowiadającą rzeczywistemu momentowi powstania datą 22 lipca 1944 roku, rozpoczyna się kolejny etap przejmowania własności.
Mechanizm jednak pozostaje zasadniczo ten sam: odebranie sprawczości, rozdzielenie ludzi od własności, podporządkowanie życia decyzjom systemu opartego tym razem na ideologii komunistycznej. To, co wcześniej odbywało się pod okupacją niemiecką, zostaje przejęte i przekształcone przez nową kolaborującą ze Związkiem Sowieckim administrację polityczną – już nie jako stan przejściowy, lecz jako ostateczne rozwiązanie.
Dlatego granica między „wojną” a „powojniem” zaciera się. Dla właścicieli ziemskich nie oznacza ona odzyskania kontroli, lecz ich celowe, systemowe wyniszczenie – gentrycide.
CIĄG DALSZY NASTĄPI…
